Serce na sznurku

Opowiem Wam dzisiaj o polarnym niedźwiedziu, który ma na imię Ksawery, posiada lampę Tiffany’ego i kąpie się w różanych olejkach. Serio? Serio, serio.

Małgorzata Domagalik, Serce na sznurku, Wydawnictwo Wilga

Sytuacja wygląda tak, że jest polarny niedźwiedź. Gotuje wspaniale, ochoczo doprawia, uwielbia śmietanę. W tenże przepis wjeżdża ślizgiem niewieściej płetwy foka, w zasadzie to przymarza do niedźwiedzia, bo za nią niezbyt udany dzień – straciła matkę (jest więc wzruszająco, nie tylko podejrzanie). Od natychmiastowego pożarcia przez pedantycznego Ksawerego ratuje fokę jedynie tragiczna wiadomość o śmierci jego najbliższego przyjaciela. Wyrusza więc na ratunek pozostałych członków niedźwiedziej rodziny, a fokę przez nieuwagę pozostawia na gospodarstwie. Później wątki się rozbudują i trochę pogmatwają, foka zagości na dłużej, ale nie będzie to prosta relacja i skończy się… nie powiem, pewnie, że nie powiem, bo może jednak ktoś skusi się na tę dziwną historię.

Sam pomysł jest oczywiście stary jak świat: oto niewinna białogłowa kruszy zimne męskie serce i rozkochuje w sobie zatwardziałego kawalera. Po drodze mierzy się z niebezpieczeństwami, zostaje sama na świecie, użala się nad sobą i wymyśla, że kiedyś, gdy już wszystko się ułoży, kupi sobie odjechane ciuchy. Niestety na ten szkielet, oczywiście uroczy i zakończony katharsis, została nałożona forma tak absurdalna, że co stronę przecierałam oczy. Już wyżej pisałam o śmietanie, po drodze pojawiły się też muszle-książki, które szumią różne opowieści, miś lubi akurat kryminały, bo go odprężają. Zdarzają się też wybitne literackie kąski typu “gdzie diabeł nie może, tam fokę wyśle”. Czarę goryczy przelała ta nieszczęsna lampa Tiffany. Oczywiście to jest fikcja literacka, wszystko jest dozwolone, niedźwiedzie mogą latać, piec suflety i tańczyć kankana, ale potrzeba wtedy jednej rzeczy: autentyzmu. Tej powieści, w moim odczuciu totalnie tego autentyzmu brakuje. Bynajmniej nie jest to spowodowane faktem, że wiekiem niekoniecznie nadaję się do grona odbiorców tegoż dzieła, bo nie mam ośmiu lat. Jednakże wiele książek, przeznaczonych nawet dla młodszych ludzi, trafia do mojego serca i rozpala je do czerwoności. Zdarzyło mi się nawet uronić łzę nad literaturą wwiercającą się do mojego serca niczym sąsiedzi w sobotni poranek. Ale Małgorzacie Domagalik niestety ta sztuka się nie udała: w każdym rozdziale znajduję mnóstwo absurdów a niewiele potwierdzenia, że to historia, która ma uczyć miłości. Bo gdzieś w jądrze (w ciemnościach, prawie w nocy), jest to historia o dramatycznej utracie, o kobiecie, która potrafi sobie poradzić pomimo, że nie ma doświadczenia, przyjaciół i żadnego dobytku. O prawdziwie silnym uczuciu, przełamującym strach, o sile przyjaźni, obowiązku ale też tolerancji, nauce patrzenia na ludzi, takimi jacy są a nie jakimi czyni ich konwenans. Nie rozumiem, dlaczego nie można było stworzyć z tych kawałków teatru ciszy i prawdy, tylko groteskę i pośmiewisko?

Dziękuję Wydawnictwu Wilga za egzemplarz książki.

Zdjęcie okładki pożyczyłam ze strony Empik.com.