W krainie zapadni

Unikam pisania o sobie, bo przecież nie to interesuje szanownego czytelnika. Szukacie rekomendacji, a nie zwierzeń! Tym razem jednak muszę trochę opowiedzieć, by podkreślić, jak ważna jest książka, którą proponuję.

Kiedy myślę o swoim dzieciństwie, na myśl przychodzą mi dwie rzeczy: skrzypce, których nienawidziłam, i czas po szkole, spędzany w pracy u mamy. Mój los został przypieczętowany zawodem moich rodziców: dyrygenta i śpiewaczki. Nieszczęsne skrzypce oczywiście leżą teraz odłogiem w szafie, a moje zdolności zostały podsumowane przez starsze dziecko – gdy raz zdarzyło mi się przy niej zagrać, wydarła się wniebogłosy: mama, nieeeeeeeee! …tyle w temacie kariery instrumentalnej. Jednak drugą, ważną i totalnie niezwykłą częścią mojego dzieciństwa były wieczory spędzane z mamą w jej – również niezwykłej – pracy: operze. Siedziałam za kulisami, najczęściej po stronie suflera, oglądając wycinek tego, co działo się na scenie. Widziałam miny artystów, którzy stojąc tyłem do widowni śmiali się do siebie i wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Słyszałam rozmowy przed wejściem na scenę, rozmowy zupełnie zwyczajne, o życiu, zdrowiu, zmęczeniu ciągłymi próbami. Przechodzili koło mnie ludzie, którzy przywdziewali różne maski, stawali się kimś zupełnie innym, po czym schodząc ze sceny mierzwili mi włosy i dziwili się, jak szybko urosłam (to akurat ściema, zawsze byłam mała). Wyfiokowane, pachnące kosmetykami i kostiumami ciała, popłoch garderobianych, gdy trzeba było szybko przebrać spoconą solistkę, zdenerwowanie inspicjentki, gdy kluczowy rekwizyt zapodział się w ciemnościach. Świat oglądany przez widzów dla mnie był zupełnie inny i czułam się z jednej strony wyjątkowo, bo ukradkiem, przez szparę w kurtynie mogłam obserwować widownię. Z drugiej strony był to najbardziej logiczny, normalny świat, w jakim mogłam uczestniczyć. Trochę zazdrościłam koleżankom, których mamy wracały z pracy o 16, podczas gdy moja na 18 musiała iść na drugą w tym dniu próbę. Ale to ja biegałam po scenie przed spektaklem, to obok mnie techniczni wjeżdżali z dekoracjami, skręcali ściany, rozkładali stoły, uruchamiali zapadnię. Biegałam od reżysera do dźwiękowca, szukałam najlepszego miejsca na jaskółce, chowałam się przed bileterami i podglądałam makijażystki, gdy z zupełnie szarej twarzy wyczarowywały hrabinę albo czarownicę.

I dopiero dzisiaj, gdy czytam książkę Anny Kurelskiej i Anny Rochowskiej, zdaję sobie sprawę, jak wielką jestem szczęściarą. Ośmioletnia Joelka, bohaterka książki, gdy trafia w objęcia miłego, włochatego stwora TR-a, dopiero poznaje teatralne korytarze i stąpa zupełnie po omacku. Musi się nauczyć, kim jest inspicjent, reżyser, oświetleniowiec i dźwiękowiec, i że ich wspólna praca daje efekt – spektakl. A centrum tego spektaklu, najważniejszą częścią, jest zawsze widz, bo czymże byłby teatr, gdyby nie ludzie, nie widownia.

W TR Warszawa w październiku zeszłego roku przedstawiono projekt pod tym samym tytułem “W krainie zapadni”. Pokazywano dzieciom kulisy pracy zespołu aktorskiego i technicznego, zdradzając, jak wiele osób musi współpracować, by osiągnąć efekt oglądany z widowni. W zajęciach brali udział artyści teatru, czytali dzieciom fragmenty książki i opowiadali o swojej pracy. To doskonały pomysł, który zaowocował poznaniem sacrum, a jak wiadomo, uczestnictwo w elitarnym wydarzeniu podnosi morale, buduje wspólnotę i kształtuje pewność siebie. W ramach projektu wydano też książkę i muszę przyznać, że lektura była wyjątkową przyjemnością. Niby taka krótka, a wciągająca. No, czas czytać i czas wybrać się do teatru!

Bardzo dziękuję TR Warszawa za egzemplarz książki i obiecuję wstąpić do Was, gdy będę w Warszawie!

Obrazek pożyczyłam ze strony Teatru.