Chris Ferrie, Fizyka kwantowa dla maluchów

Nie wiem jak u Was z fizyką, ale u mnie bardzo słabo, nawet mąż-fizyk nie dał rady mnie nawrócić. Lata nauczycieli bez ładu i składu zrobiły swoje. Tym bardziej z chęcią sięgnęłam po książkę Chrisa Ferriego, bo – uznałam – może czytając dzieciom i sama się czegoś dowiem?

Książeczka faktycznie jest dla maluchów – grube, tekturowe strony, mały format i przewaga ilustracji nad tekstem. Wydaje mi się jednak, że oprócz formy, niestety niewiele jest w tej książce dla malca. Wszystkie informacje to zdania wyjęte z podręcznika fizyki, zatem historia nie jest fascynująca, tylko rozpisana w kilku prostych zdaniach. Gdy dziecko zapyta o przyczynę zjawisk, nie będę wiedziała co odpowiedzieć. Jasne, roczniak nie zapyta, tylko po prostu zje książkę, ale dociekliwy czterolatek będzie drążył, i co wtedy? Trzeba będzie posiłkować się wiedzą z innych źródeł. A skoro tak, zaślinionemu berbeciowi oraz ciekawskiemu czterolatkowi można zaproponować inną lekturę. Poddaję pod wątpliwość sensowność tej książki, ponieważ jest jednocześnie zbyt łatwa i zbyt skomplikowana – forma należy do świata literatury młodzieży pełzającej, ale treść może być zrozumiana dopiero przez dziewięcio-, dziesięciolatka, czyli de facto wtedy, gdy w szkole rozpoczynają się lekcje fizyki.

Pomysł na książkę jest bez wątpienia godzien pochwały, bo dzieci przyzwyczajane od małego, że fizyka nie gryzie, prawdopodobnie będą miały do niej lepsze podejście w szkole. Niestety ten potencjał został zmarnowany, bo – a wiem to z obserwacji męża-fizyka w akcji-edukacji – dzieci potrzebują porównań i dostosowania skomplikowanej wiedzy do świata, który obserwują i znają. Niestety Chris Ferrie nie sprawił, że abstrakcyjne zaczęło być znajome i ciekawe, tylko po prostu powiedział to, co wszyscy, ale na obrazku. 

Niestety nie mogę polecić tej książeczki, bo serce męża-fizyka pękłoby z rozpaczy. 

Zdjęcie okładki ze strony Wydawnictwa Media Rodzina.